Trasa naszej wyprawy rozpoczynała się w Chamonix na skrzętnie wyszukanym parkingu zaraz u podnóży masywu. W tym miejscu odebraliśmy od naszego znajomego przewodnika Sebastiana Fijaka, który w tym czasie prowadził grupy po okolicznych górach, detektory i sądy lawinowe.
Trasa przebiegała przez Mer de Glace, aż do Col du Midi skąd po paru dniach nieprzychylnej pogody przeprowadziliśmy atak szczytowy prowadzący przez masyw Tacul i Maudit.
Ze względu na kapryśną pogodę i ciężkie plecaki do Col du Midi dotarliśmy dopiero po 5 dniach mimo, że zakładaliśmy, iż dokonamy tego w 2-3 dni.
Sam atak szczytowy był bardzo wyczerpujący i oceniamy go jako ambitne osiągnięcie dostarczające dużo satysfakcji.
Przebieg trasy dnia 1:
Początek: Parking z naszym wehikułem (zwanym pieszczotliwie leniwcem).
Koniec: "Ukryta" polanka koło torowiska kolei turystycznej.
Przewyższenie: 830 m.
Wrażenia: Pozytywne, choć plecaki nieco ciężkawe.
Morale: Wysokie :)

W prawym górny rogu widać 3 szczyty trasy 3M: Mt Tacul, Mt Moudit oraz Mt Blanc.
Tak wyglądaliśmy na początku wyprawy: najedzeni, uśmiechnięci, wypoczęci, pełni entuzjazmu i wiary w to, że tym razem plecak, który przy pakowaniu ważył 30-40 kg podczas podejścia będzie lekki jak piórko.
Troje z nas, aby zmniejszyć wagę plecaka postanowiło założyć na podejście trekkingowe twarde obuwie lodowcowe. Jedynie Piotr P. uznał że 1 kg w tą, czy w tamtą nie jest wart obtartych stóp, w efekcie czego Michał po pierwszych 200 m obtarł sobie pięty i musiał z tym żyć już do końca wyprawy. Marcin i drugi Piotr natomiast udawali, że w tych butach podchodzi się wyśmienicie ;)
Krótko o dzisiejszym dniu i jego celach: Godzinę temu o 16:00 21 sierpnia 2013 r. przyjechaliśmy do Chamonix. Plan był taki, aby dojść dziś w okolice drabinek, po których schodzi się na morenę czołową lodowca Mer de Glace. Następnie po zmroku sprytnie i niezauważeni przez nikogo (wszak to nielegalne) rozbić namioty i grzecznie przenocować.
Trzeba przyznać, że ładnie tutaj i zielono, warto napoić wzrok takimi widokami, tym bardziej, że niebawem będzie dominować tylko biel oraz błękit nieba (na to drugie liczyliśmy bardzo mocno).
Udało się znaleźć eleganckie miejsce na obozik zaraz przy torowisku kolejki, która zawozi bogatych (50 euro) turystów wprost pod schronisko i drabinki.
Przebieg trasy dnia 2:
Początek: Okolice drabinek prowadzących na lodowiec.
Koniec: Okolice drabinek prowadzących do "Rekina".
Przewyższenie: 200 m w dół po to żeby później znowu iść w górę - i to jeszcze po w miarę płaskim terenie ;)
Wrażenia: Pięknie było, choć zaniepokoił nas deszcz na koniec dnia.
Morale: Nadal wysokie choć niektórzy trochę się zmachali :)

Po zwinięciu obozu jeszcze tylko uzupełnienie zapasów wody i ruszamy na drabinki, prosto na lodowiec.
Drabinki wiodły w dół ponad 100 m i w zasadzie, w normalnych warunkach stanowią miłą atrakcję, która nie powinna stanowić dla nas większego zagrożenia.
Jednak nasze warunki odbiegały od normalnych o ok. 30-40 kg dodatkowego balastu, który nieśliśmy na plecach. Balastu, który nieprzyjemnie przeważa cię do tyłu i powoduje, że dłonie, którymi trzymasz się metalowych szczebli zaczynają się pocić i ślizgać :)
Mimo, że plecak strasznie ciągnie w dół i trzeba dużo siły i energii wkładać w trzymanie się drabinki, to jednak do obiektywu należy grać twardziela z szerokim uśmiechem.
Widok na wyrzucającą z siebie materiał skalny morenę czołową Mer de Glace.
Mer de Glace - nasza autostrada na Mont Blanc - z tej perspektywy wygląda jak łatwa, nie kryjąca niebezpieczeństw ścieżka.
Na języku lodowca - w miejscu, do którego zeszliśmy znajdowało się całkiem sporo ludzi. Jest to związane z tym, że owe drabinki stanowią atrakcję turystyczną, którą co bardziej odważni turyści zapragnęli zwiedzić wydawszy wcześniej 50 euro na dojazd do schroniska kolejką. Lodowiec ten w tym miejscu ponoć niespełna 50 lat temu wyglądał zupełnie inaczej. Podobno sięgał szczytu drabinek i można było po nim bez problemu przejść na przeciwległe widoczne skały, które obecnie bez wspinaczki są nie do osiągnięcia.
Materiał skalny niesiony przez lodowiec latem w tych miejscach jest wyeksponowany. Skały, które tutaj widzimy zapewne kiedyś zawędrują do samego Chomonix. My tymczasem podążamy w przeciwnym kierunku niż ogólnie przyjęty przez naturę w tym miejscu. Jednym słowem pod prąd.
Z wysiłkiem pod prąd.
Symulowana i wymuszona przerwa postojowa, gdzie wymówką jest prawidłowe dostosowanie kijka do warunków wędrówki.
Ostaniec.
Postój na sesję zdjęciową otaczających nas gór przy łyku wyśmienitej wody z butli.
Lodospad plus minus nasz dzisiejszy cel.
Potok, a daleko w tyle za zakrętem Chamonix.
Powoli i nieśmiało zaczynają pojawiać się pierwsze szczeliny lodowe.
W każdym miejscu, gdzie teren pod lodowcem gwałtownie zmienia swój kształt pojawiają się niesamowicie wyglądające, budzące grozę twory.
Takie szczeliny nie są niebezpieczne (o ile się do niej nie wskoczy). Najbardziej zdradliwe są te szczelnie ukryte pod śniegiem, których nie widać. Powszechnie wiadomo, że gdy widzi się zagrożenie jest ono mniej niebezpieczne, niż gdy się go nie dostrzega.
Pora wejść i zmierzyć się z labiryntem.
Ten labirynt ma wiele ślepych uliczek i nie jest łatwo znaleźć tę właściwą, która zawiedzie nas do obranego wcześniej celu.
Wodzenie wzrokiem w poszukiwaniu przejścia.
Raczej należy unikać wpadania do szczeliny.
Droga dalej już prosta, ale trzeba przyznać, że kluczenie w "labiryncie" z ponad 30 kg balastem jest dość męczące.
Nasz obóz nr 2 udało nam się rozbić na dość płaskim i wygodnym terenie. Do wcześniejszego rozbicia zmusiło nas zagrożenie deszczem, który ostatecznie nie przybrał na sile.
W tle wysoko po prawej stronie można dostrzec Refuge du Requin, nasz pośredni punkt przeprawy zaplanowanej na dzień następny. Jak się miało okazać warunki pogodowe spowodowały, że z punktu pośredniego stał się punktem końcowym dnia następnego.
Przebieg trasy dnia 3:
Początek: Okolice drabinek prowadzących do "Rekina".
Koniec: Schronisko "Rekin".
Przewyższenie: ok. 300 m głównie drabinkami.
Wrażenia: Wchodzenie po drabinie przez blisko 300 m z plecakiem ważącym ponad 30 kg jest zarówno męczące jak i stresujące.
Morale: Prognozy pogody się psują. Jednak tak jak na początku jesteśmy dobrej myśli. Pogoda definitywnie zepsuła się w okolicach "Rekina", gdzie zaczął padać obfity deszcz i ostatecznie potwierdziła się zła prognoza na następne dni.
Kiepska pogoda na dni następne stawia pod znakiem zapytania bezpieczne przejście przez Mont Tacul i Mont Maudit ze względu na zagrożenie lawinowe.


Zwijanie obozu.
Gdzieś tam w oddali widać Piotra oraz po jego lewej stronie drabinki prowadzące do "Rekina" (Refuge du Requin).
Drabinki widoczne są już trochę lepiej, jednak nadal ich wypatrzenie wymaga skupienia i koncentracji.
Lodospad. Początkowo planowaliśmy tędy wytyczyć naszą drogę (nawet została ona wstępnie odnaleziona w labiryncie seraków), jednak ostatecznie z jakichś bliżej nie określonych powodów zdecydowaliśmy się na drabinki.
Wejście po tego typu drabinkach jest wesołą przygodą, gdy na plecach ma się plecak z kilkoma kanapkami i wodą do picia. Natomiast, gdy na plecach dźwiga się cały swój dobytek niezbędny do przeżycia kilku dni w górach kwestia wspinania po drabinkach przekształca się w udrękę z możliwością odpadnięcia od nich.
Mer de Glace - widok z drabiniastej drogi do Rekina.
Lodospad widziany z góry. Coś pięknego! Takiego widoku nie da się zapomnieć!
Ostatnia prosta do Rekina (Refuge du Requin) i ostatnia prosta tego dnia. Po chwili postoju w Rekinie zaczął padać deszcz. W samym Rekinie rodzina (Justine, Vincent oraz ich córka Elsa i kot), a w zasadzie Vincent mocno odradzał nam podążanie dalej w kierunku Col du Midi. Zapewniał nas o fatalnych prognozach pogody. Ostatecznie kazał nam obiecać, że przynajmniej zrewidujemy trasę naszego przejścia i nie będziemy podążać przez najgorsze serakowisko, ponieważ jak to określił "jest pewien, że przywiezie nas stamtąd helikopter". W świetle tak przedstawionej sytuacji przez człowieka, który dobrze zna okolicę, zmieniliśmy trochę planowaną trasę dalszego przejścia.
Z racji obfitych opadów i prognoz, które przedstawił nam poczuliśmy rezygnację i zwątpienie. Postanowiliśmy przeczekać do dnia następnego i podjąć decyzję na podstawie pogody jaką zastaniemy rano.
Pierwotny plan zakładał koczowanie tej nocy w "jaskini-otworze" pod ogromnym ostańcem. Jednak 30 minut opadów zatopiło nasze schronienie i ostatecznie musieliśmy odstąpić od naszego ascetyzmu i ortodoksyjnego podejścia do sposobu w jaki przebędziemy całą trasę. Legitymując się kartą członkowską alpenverein skorzystaliśmy ze zniżek na nocleg w "Rekinie" chroniąc w ten sposób nasz ekwipunek przed zamoknięciem.
Uznaliśmy, że jeżeli rano widoczność będzie dobra to idziemy.
Dnia następnego spadł śnieg, a widoczność nie przekraczała 100 m - poszliśmy :) To była dobra decyzja w ostatecznym rozrachunku ;)
Przebieg trasy dnia 4:
Początek: Schronisko "Rekin" (Refuge du Requin).
Koniec: Gdzieś we mgle lub chmurze niedaleko Col du Midi.
Przewyższenie: Około 700 m trochę po skale, a następnie po bajecznym i szczeliniastym lodowcu - w fazie początkowej i końcowej z widocznością 50-100 m.
Wrażenia: Chwile przekraczania głębokich i ciemnych szczelin jak zawsze w takich wypadkach były stresujące.
Widoki były bajeczne, pogoda arcy kapryśna: raz trzeba było iść w samej bieliźnie termicznej po to by za parę chwil być zmuszonym ubierać softshell i kurtkę zimową. Chwilami o prawie zerowej widoczności brnęlismy przed siebie. Pod koniec unieruchomieni przez wszystko pochłaniające "mleko"

Morale: Trzeba było brnąć do przodu i nie dać się pochłonąć żadnej głębokiej ciemnej i złowrogiej szczelinie.

W nocy zamiast deszczu padał już śnieg.
Tak jak zdecydowaliśmy dnia poprzedniego, tak... nie zrobiliśmy. Pogorszenie pogody i widoczności miało być determinantem wycofania sie z dalszego podążania w kierunku Col du Midi. Jednak pomimo kiepskiej widoczności oraz opadów śniegu instynkt słusznie podpowiedział nam, że należy iść dalej.
Tak więc trwają przygotowania do opuszczenia ciepłego Refuge du requin i udania sie na wprost, w mglisty lodospad.
Pogoda jednak nie wydawała się być beznadziejna. Raz po raz coś wyłaniało się zza chmur. Dawało nam to nadzieję na przełom i zrealizowanie naszego celu.
W zespole linowym udajemy się w drogę, którą zaplanowaliśmy i opracowaliśmy dzień wcześniej (gdy widoczność jeszcze na to pozwalała).
Lekkie przejaśnienia pozwalały nam utwierdzić się w tym, że prawidłowo podążamy wcześniej zaplanowaną trasą.
Plan był taki, aby jak najdłużej pozostać na skale, a tym samym jak najbardziej opóźnić wejście na niepewne serakowisko. Mieliśmy już obrane miejsce zejścia i przejścia przez serakowisko na plato, które na razie jeszcze znajdowało się poza zasięgiem naszego wzroku.
Moment pierwszego zejścia na serakowisko, do którego zostaliśmy zmuszeni przez warunki "topograficzne" skał.
Gdzieś między chmurami prześwity błękitnego nieba po raz kolejny utwierdziły nas w słuszności decyzji jaką podjęliśmy.
Face to face lodowego strażnika z lodowym przewodnikiem. ;)
Już na plato zauroczyły nas niesamowite, bajeczne widoki lodowca. Zdjęć z samego przejścia przez seraki nie ma z wiadomego względu - tam trzeba iść szybko i nie kusić losu.
Panorama na wypłaszczeniu. Pogoda odwraca się o 180 stopni. Należy się rozebrać i nasmarować kremem z filtrem 50.
Kurtki na bok! Pora na lato, na lodowcu!
Pogoda zaczęła nam w końcu sprzyjać, co ostatecznie potwierdzało słuszność podjętej przez nas tego ranka decyzji o wyruszeniu. Tak więc podążamy w kierunku Col du Midi (gdzieś prosto i w prawo, ale gdzie dokładnie? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy).
Gdzieś w połowie drogi między Rekinem, a Col du Midi.
Szczeliny lodowcowe w tych miejscach prezentowały się naprawdę pięknie. Na szczęście jak dotąd żaden z nas ani jednej jeszcze nie zaliczył.
Po południu sympatyczne słońce zaczęło ustępować miejsca niskim chmurom. Widoczność zaczęła się dramatycznie pogarszać.
Pogarszająca się widoczność nie nastraja najlepiej. W szczególności, gdy podąża się między głębokimi i budzącymi grozę szczelinami, a na dodatek nie jest się pewnym, czy obrało się właściwą drogę do celu w tym szczeliniastym labiryncie.
Przerwę należało połączyć z debatą o naszych szansach na przeżycie. ;)
Widoczność zaczęła spadać poniżej 100 m. Prowadzący zespół linowy zaczyna być już słabiej widoczny. Takie warunki nie sprzyjają odnajdywaniu właściwej drogi.
Wyczerpani kluczeniem i omijaniem szczelin, a także nie będąc w 100% pewni, czy obraliśmy właściwy kierunek, postanawiamy przenocować między dwoma szczelinami i podjąć dalszą drogę, gdy warunki pogodowe na to pozwolą.
Bardzo krótka poprawa widoczności uzmysłowiła nam, że nasz dzisiejszy cel był prawdopodobnie niedaleko od nas. Jednak ze względu na zmienne i nieprzewidywalne warunki pogodowe dotarcie do niego przekładamy na dzień następny.
Przebieg trasy dnia 5:
Początek: Gdzieś niedaleko pod Col du Midi.
Koniec: Col du Midi.
Przewyższenie: 300 m.
Wrażenia: W tym dniu powtórzył się w połowie scenariusz pogodowy z dnia poprzedniego. Co prawda rano pogoda była wyśmienita, ale już po południu widoczność spadła do tego stopnia, że o tym, iż jesteśmy u celu udało nam się stwierdzić tylko po odgłosach ludzi dobiegających nas z lewa i prawa.
Morale: O dziwo odbudowane ;)

W nocy wiało i zacinało śniegiem. Dwie szczeliny między którymi rozbiliśmy się, zamknęły prawie w całości mosty śnieżne. Taka sytuacja nie jest dobra. Szczeliny łatwiej się omija, gdy je widać. ;)
Luksusowa pogoda i wspaniałe widoki niebawem ustąpią chmurom wpadającym wprost na nas.
Najgorsze jednak było to, że w tym samym miejscu jeszcze wczoraj wszędzie otaczały nas dość dobrze widoczne szczeliny w lodowcu, które zamaskowane przez nocną zawieję śnieżną czyhały, aby złapać nieszczęśnika, który na nie wejdzie... Niewidoczne zagrożenie jest dużo groźniejsze niż to, które można zlokalizować i ominąć.
O tym, że dotarliśmy do Col du Midi udało nam się dowiedzieć tylko dzięki ludzkim głosom dobiegającym gdzieś zza mgły. Col du Midi jest dość ruchliwym miejscem.
Na "czuja" rozbiliśmy obóz, z którego miał się odbyć atak na Mont Blanc (przez Tacula i Maudita). Jednak nie wiedzieliśmy jak daleko znajdujemy się od podnóża Mont Tacul.
Rozpoczął się dzień 6 i mogliśmy zobaczyć, gdzie w ogóle się znajdujemy. Straszny tutaj ruch.
Jak się miało okazać mieliśmy tutaj spędzić jeszcze 3 dni zanim udało nam się wyruszyć na atak szczytowy. Do ostatniej chwili ze względu na warunki pogodowe nie było to pewne.
Ślepy los (dosłownie) chciał, że rozbiliśmy się zaraz pod Aiguille du Midi.
Mont Tacul - pierwsza góra na drodze do Mont Blanc. Podczas ataku szczytowego przez następne dni typowaliśmy, który serak porwie nas podczas podejścia.
Pogoda cały czas kapryśna.
Tacul w chmurach.
Aiguille du Midi.
Tak koczowaliśmy i czekaliśmy, aż śnieg na Taculu uleży się zmniejszając prawdopodobieństwo zejścia lawiny.
Niestety szanse na ubicie świeżego śniegu na Taculu i Maudit były marne w świetle tego, że cały czas go przybywało.
Tej nocy atak szczytowy odpadał. Pytanie brzmiało, czy w ogóle będziemy w stanie zaatakować Mont Blanc przy takiej pogodzie? Sądząc po naszych minach odpowiedź była smutna.
Panorama Col du Midi.
Tacul i podejrzany serak wielkości kamienicy nad potencjalną trasą naszego przejścia.
Panorama Col du Midi - czyżby pogoda zaczęła nam sprzyjać?
W tle za namiotami widać sławojkę, którą wybudowaliśmy z nudów i potrzeby podczas 3 dniowego oczekiwania na poprawę pogody. Sławojka ta była prawdziwym majstersztykiem architektonicznym: miała murek i zagłębienie wraz z zawijającymi się schodkami. Podczas czynności załatwiania się można było dzięki takiej konstrukcji liczyć na całkowitą intymność. Sygnałem zajętej sławojki była wbita łopata.
Sławojka ta została zdewastowana przez innych obywateli "pola namiotowego" podczas naszego ataku szczytowego - dewastacja nastąpiła zapewne w wyniku niewłaściwego użytkowania systemu utylizacji fekaliów.
Przebieg trasy dnia 9:
Atak szczytowy.
Przewyższenie: Ok. 1300 m.
Wyruszyliśmy o 2 w nocy. Cały atak szczytowy wraz z powrotem trwał 17 h. Prowadził przez Mont Tacul i Mont Maudit, gdzie trzeba było pokonać 70 m ścianę lodową o nachyleniu 70 stopni.
Atak był zdecydowanie wyczerpujący, a wrażenia z niego zapadające w pamięć. Zdecydowanie trzymał w napięciu.
Po wyruszeniu o 2 w nocy i nocnym przebyciu Tacula zastał nas wschód słońca na Mont Maudit i widok Matterhorna (po prawej). W nocy było zimno. Jedyną opcją, aby nie wychłodzić organizmu (zimno robiło się bardzo szybko nawet podczas 2 min. postoju) było brnięcie do przodu.
Mount Maudit okazał się zaskakująco stromy. W miejscu, w którym stoimy czaka na nas wspinaczka po 70 m ścianie lodowo mixtowej o nachyleniu ok. 70 stopni.
Mont Blanc zaraz po przejściu przez Mont Maudit.
Gdzieś między Mont Maudit, a Mont Blanc.
Mont Maudit widziany z podnóża Mont Blanc ("od tyłu").
Mont Maudit i za nim Mont Tacul widziany z połowy podejścia na Mont Blanc. W oddali po lewej widać iglicę Aiguille du Midi, pod którą rozbity jest nasz obóz. Z tej perspektywy widać jak duży dystans pokonaliśmy i jak cholernie odległy jest nasz punkt powrotny.
Panorama ze szczytu Mont Blanc.
Trasa naszego przejścia ze szczytu Mont Blanc
była zdecydowanie bardziej wyczerpująca i ekscytująca niż się tego spodziewaliśmy. O ile Tacul został pokonany w mgnieniu oka, o tyle Mont Maudit przyniósł wiele emocji ze względu na spore nachylenie i niepewny śnieg. Sam zaś Mont Blanc był bardzo monotonny i długi, a ze względu na swój kąt zakrzywienia podejście na niego było wyjątkowo złudne i nieprzyjemne. W połowie podejścia wydawało się, że szczyt jest za 100 - 200 m. Po przejściu tego dystansu pojawiała się ukryta za krzywizną podobna odległość, po to tylko, aby cała sytuacja powtarzała się jeszcze parę razy, aż do zwątpienia. :)
Samo podejście na Mont Blanc nie jest trudne (nie biorąc pod uwagę wysokości, która jednak daje w kość, w porównaniu? z połączeniem dwóch poprzednich szczytów), ale jest monotonne i wyczerpujące.
Cały team na szczycie!
Od lewej: Michał Czaja, Piotr Picheta, Marcin Krutys, Korczi.
Powrót do obozu był długi i wyczerpujący. W tle Mont Blanc, na którym pozostały odbite nasze stopy. :)
Po wejściu na każdy szczyt trzeba jeszcze z niego zejść. Po długim, monotonnym i niepewnym powrocie z Mont Blanc doszliśmy do Maudit, gdzie ku naszej wielkiej uciesze odkryliśmy punkt zjazdowy.
Oszczędził nam on dużo sił i nerwów.
Zjazd z Mont Maudit.
Punkt przepięcia podczas zjazdu z Mont Maudit.
Druga część zjazdu z Mont Maudit.
Mont Maudit.
Panorama między Mont Maudit, a Mont Tacul.
W połowie drogi między Maudit, a Tacul. Gdy mija 15 godzina walki, sił nie ma już wiele.
Tacul Panorama.
Aiguille du Midi z Tacula.
Szybkie mijanie niepewnego seraka.
Nasze namioty są już widoczne, ale to jednak nadal cholernie daleko... Zejście z Tacula oraz dojście do namiotów dłużyło się w nieskończoność. Aż trudno w to uwierzyć, że ta sama droga, ale w przeciwnym kierunku strzeliła niczym pstryknięcie palców.
Panorama w połowie Mont Tacul.
Po dojściu do obozu jak łatwo się można domyśleć udaliśmy się na szybki posiłek, po czym na wymarzony odpoczynek.
W dniu następnym podjęliśmy próbę odnalezienia skrótu, który łączył by naszą obecną lokalizację Col du Midi z naszym samochodem czekającym na nas w Chamonix. Próbę takową możemy ujrzeć na przedmiotowym zdjęciu. Piotr wykonuje rekonesans w celu odnalezienia drogi. Jednak to co widzieliśmy schodząc z Mont Tacul ni jak nie chciało zmienić swojego oblicza po zbliżeniu się.
Droga "na skróty" prowadziła po serakach ze znacznymi przepaściami - nie podjęliśmy jej.
Zaraz przy naszym wehikule. Pięknie opaleni, ze zdecydowanie zmienionym wizerunkiem i minami udającymi tylko rześkość zakrapianą witalnością. ;)
Rzucenie się na "normalne" jedzenie i upicie się jednym piwem jest normą. ;)
W tym momencie zdecydowanie każdy z nas był wyleczony z gór wysokich. Nie trzeba było jednak długo czekać, by w głowie zapaliła się iskra z pomysłem na kolejną wyprawę. Gdzie teraz? ;)